Młyn w biurze

Dzisiejszy dzień to była dla mnie mordęga w pracy. Od samego rana pod górkę. Pomyliłem maile i poszły one nie tam gdzie trzeba co może nie było by dużym problemem gdyby nie fakt, że wysłałem super ofertę (jaką proponujemy naszym najlepszym klientom) potencjalnym firmom. Oczywiście odkręciłem to ale kosztem oferty co nie spodobało się szefowi… . Zresztą, wcale mu się nie dziwię – głupota z mojej strony. Nie dość, że zabrało mi to więcej czasu niż powinno to jeszcze zapomniałem o spotkaniu z klientem! Totalny młyn. Zabrałem się za wyjaśnienia i układanie nowej oferty, kiedy do mojego biura weszła sekretarka z informacją, że mój klient czeka na mnie w konferencyjnym od pół godziny. Spotkanie nie poszło do końca tak jak chciałem ale myślę, że i tak nie było tak źle. mlynek-w-pracyNiestety mój szef dowiedział się także i o tym więc nieźle mi się oberwało. Pomyślałem sobie, że wykorzystałem już swój dzienny limit pecha, kiedy zadzwonili do mnie z kadr w celu złożenia wyjaśnień w związku z moimi zwolnieniami lekarskimi. Pomyślałem, że to chyba jakiś żart i poszedłem do kadr. Faktycznie coś tam się nie zgadzało ale nie z mojej winy, a przez ich bałaganiarstwo. Niestety zabrało mi to kolejne pół godziny z dnia. Czarne chmury nad moją głową. Młyn to mało powiedziane! Nie miałem wyjścia i musiałem zostać po godzinach, żeby zrobić wszystko co zaplanowałem na ten dzień. Najgorsze, że dopiero wtorek. Na sam koniec dnia, kumpel z biura obok chciał mnie wyciągnąć na szybkie piwko. Myślałem, że zwariuję. On piwo i meczyk po pracy, a ja nadgodziny z własnej głupoty! Paranoja. Takie „młynku” w pracy to już dawno nie miałem. Postanowiłem, że w drodze do domu wstąpię do nocnego i kupię sobie jakieś dobre ciemne piwko. Przynajmniej pozytywnie zakończę ten masakryczny dzień ;).