Sprzątanie + mama = katastrofa

Jakiś czas temu pisałem, że muszę pomóc mojej staruszce w posprzątaniu domku na naszej działce. Sprzątanie, tak jak przewidywałem nieźle mnie wymęczyło i to wcale nie fizycznie, a psychicznie. Sprzątanie w rozumieniu mojej staruszki to przekładanie. Nie sposób jej wytłumaczyć, że coś już się zepsuło i nie ma szansy na naprawę dlatego należy „to coś” wyrzucić. srodki czyszczaceW jej opinii wszystko zawsze się w końcu przydaje dlatego wyrzucanie to zło konieczne do którego jej jeszcze bardzo daleko. Jednak pomimo naszej różnicy zdań udało mi się ją przekonać aby oddać potrzebującym stare lampy, garnki i kilka innych dupereli. Myślałem, że skoro już „ogarnęliśmy” sprzątanie domku to mam z tym spokój na co najmniej kilka lat. Niestety bardzo się myliłem bo dzisiaj okazało się, że do Polski przylatuje moja siostra i moja mam musi posprzątać dom przed jej wizytą. Naturalnie kto ma jej pomóc jak nie synalek?! Przyznaję bez bicia, że podałem jej wszystkie powody jakie tylko miałem w głowie byle się wymigać od tego sprzątania ale niestety nie udało się. Zastanawiałem się nawet czy nie poprosić szefa o jakąś dodatkową robotę na weekend ale to by raczej nie przeszło bo staruszka wie, że bardzo rzadko zostaję po godzinach, a co dopiero na weekendzie. Na koniec rozmowy usłyszałem tylko, że niepotrzebnie uciekam od odpowiedzialności bo ona mi i tak nie odpuści! Tak więc najbliższy weekend spędzę na sprzątaniu jej chałupy. Moja dziewczyna widząc moją rozpacz postanowiła mi pomóc i zaoferowała swoją obecność. Nie wiem czy to cokolwiek pomoże ale może jej osoba lepiej wpłynie na postrzeganie starych klamotów przez moją matkę. Naturalnie pozostało mi ogarnięcie środków czyszczących i sprzętu. Zazwyczaj mówi się „byle do piątku” ale dla mnie bardziej poprawnie brzmiało by to „byle do poniedziałku” ;].