Szczęśliwa stacja benzynowa

Dzisiejszy wpis będzie z tym „offtopowych” – myślę jednak, że historia którą opowiem może dotyczyć większości z nas w ciągu życia, szczególnie w naszym zmotoryzowanym świecie. Miejsce wydarzeń to trasa pomiędzy dużymi polskimi miastami, drogą główną i uczęszczaną. Jadąc w służbowa podróż, spotkanie z klientami i powrót tego samego dnia. Samochód sprawny, wszystko ok.. Gdy ruszałem, miałem w baku około 1/4 baku paliwa. Świadoma decyzja gdyż w miastach paliwo jest droższe niż pod miastem – nauczyłem się tego właśnie na wyjazdach służbowych. Trasa, w którą wyruszyłem to był dla mnie nowy kierunek. To znaczy jechałem w tą stronę kiedyś i tą drogą ale było to dość dawno. A wiec minąłem miasto i mijam pierwsze napotkane stacje benzynowe. Cena jednak tylko o kilka groszy niższa, zwykle celuje poniżej 29 groszy w porównaniu do stacji, na której tankuje w mieście. Niedowiarkom polecam objechać jakieś większe miasto i porównać ceny w mieście i za miastem. Dysproporcje w cenach są ogromne czego nie raz byłem świadkiem. A więc po minięciu tych „benzynówek” gdzie cena mi jeszcze nie odpowiadała pojechałem dalej. Tu zaczynają się schody, otóż po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów… nic, zero, żadnej stacji, z żadnej strony. Co prawda były znaki by odbić w prawo lub w lewo by znaleźć stację benzynową – jednak brak podanych kilometrów skutecznie mnie zniechęciła by zapuszczać się w nieznane. A więc jadę dalej… 100 km za mną… 150 będzie już niedługo… a ja dalej bez stacji. Granica, którą sobie obliczyłem w głowie to 200 km włącznie z rezerwą. Jadąc bardzo oszczędnie wciąż bez stacji mijam 220 km… strach i wizja stania w polu są już przed moimi oczami. Górka przede mną, wjeżdżam delikatnie… nagle czuję, że brakuje mocy. Tak, już wiem, że to ‚To’. Ostatnie to co mogło mi się przydarzyć w tej sytuacji to stanąć pod górę… Jakimś cudem samochód toczy aż na samą górę z której jest spory widok i długi zjazd… a mniej więcej w połowie jest… STACJA BENZYNOWA! 🙂 Ale o to, samochód gaśnie, sunie jeszcze po płaskim wrzucając luz i wciskając sprzęgło. Myślę sobie, że nie to się nie może udać bez mojego pchania ale jest dokładnie odwrotnie. Kilka chwil później parkuje koło dystrybutora, tankuje, płacę i odjeżdżam zatankowany pod korek oraz pełen nowych doświadczeń. Ma się to szczęście.

PS. Zatankowałem za 33 grosze mniej niż bym tankował w mieście!